2021-03-30

Marcowy dzień w Beskidzie Makowskim - 22 km

Miała być mała wycieczka. I była. Krótka, niewymagająca, mało męcząca.

Żółty szlak nad Skawinkami
Punkt startowy wypadł w Skawinkach, przy żółtym szlaku, gdzie o 10:00 zaparkowałem auto na zadziwiająco dużym parkingu koło gminnego żłobka. Asfaltowa, lecz mało uczęszczana droga doprowadziła mnie, po dwóch kilometrach, do Małego Szlaku Beskidzkiego, który oznaczony jest kolorem czerwonym. Tym samym kolorem, który towarzyszy piechurom idącym Głównym Szlakiem Beskidzkim.

Na czerwonym szlaku błota nie brakowało
Fragment ten znałem z kilkudniowej wycieczki, którą zorganizowałem sobie we wrześniu 2018 r. Ucieszyłem się, że rozpoznałem niektóre jego fragmenty, jak na przykład zejście do Palczy. Nowością za to była wiata, która stanęła w roku 2019 tuż nad Palczą.

Dobrze, że gminy dbają o turystów
Po ośmiu kilometrach dotarłem na najwyższy szczyt wycieczki - Babicę Zachodnią (633 m n.p.m.). Jako że pojawiło się słońce miałem piękny widok na pasmo Koskowej Góry. To cel na inną wyprawę w tym rejonie.

Widok z Babicy Zachodniej na pasmo Koskowej Góry

Zejście czarnym szlakiem też nie było zbyt trudne. W Pieronówce wszedłem na szlak niebieski, który z kolei połączył się z żółtym. I tak zakreśliłem pętlę.
Na niebieskim szlaku tuż przed Działem Poleckim


2021-02-25

Lubomir - Beskid Wyspowy lub Makowski - 16 km

Jak go zwał, tak go zwał - szczyt Lubomir (904 m n.p.m.), na który wybrałem się pod koniec lutego, należy, w zależności od geografów, albo do Beskidu Makowskiego, albo do Beskidu Wyspowego. 

Śniegu nie brakowało
Niezależnie od przynależności do tego, czy innego pasma, to była bardzo przyjemna wycieczka po jeszcze zimowych górach, choć w dole świeciło niemal wiosenne słońce.

Początkowo wydawało się, że będzie bezśnieżnie
Auto zaparkowałem w Porębie skąd ruszyłem zielonym szlakiem w dół wsi. Na szczęście asfalt szybko się skończył, bo już po trzystu metrach skręciłem w prawo zielonym szlakiem na Kudłacze. 

W drodze na Kamiennik Południowy (827 m n.p.m.)
Nie poszedłem jednak bezpośrednio do schroniska, to byłoby zbyt proste i zbyt szybkie. Po czterech kilometrach dotarłem na Kamiennik Północny (785 m n.p.m.), jeszcze na zielonym szlaku, po czym dotarłem na Łysinę (891 m n.p.m.) gdzie żółty szlak łączy się z czerwonym - Małym Szlakiem Beskidzkim.

Skrzyżowanie szlaków na Łysinie
Trzeba dodać, że trasa z Kamiennika prowadzi w dół do niezwykle malowniczej Suchej Przełęczy, na której jest Sucha Polana. Wiata na polanie to dobre miejsce na biwak; pewnie skorzystam z tego miejsca w niedługiej przyszłości. 

Wiata na Suchej Polanie
Potem trzeba tylko znów wspiąć się na Łysinę i dalej na Lubomira. Szczyt Lubomir (904 m n.p.m.) oznaczał połowę tej niewymagającej wycieczki.

Mały Szlak Beskidzki doprowadził mnie do schroniska Kudłacze, które w pandemicznych czasach funkcjonowało tylko jako jadłodajnia i bufet na wynos. Pamiętam je z innych wycieczek i na pewno zatrzymam się w nim gdy wirus pójdzie precz. 

Schronisko Kudłacze w lutym 2021 r.
A więc wypiłem tylko piwo bezalkoholowe i ruszyłem w dół, wciąż czerwonym szlakiem, by za Działkiem (600 m n.p.m.) ponownie znaleźć się na szlaku zielonym. 

Oznakowanie szlaków jest nienaganne
Zejście nie było szczególnie uciążliwe, na szczęście asfaltowa droga pojawiła się na nieco więcej niż kilometr przed końcem trasy.

Nieśmiałe oznaki wiosny

 


2018-09-29

Z Bielska-Białej do Myślenic - 90 km

Co zrobić gdy ma się cztery dni wolnego? Trzeba pójść w góry. tym bardziej, że końcówka września 2018 roku była ciepła i słoneczna. Prawdziwa złota polska jesień.

Złota polska wrześniowa jesień w górach
Planowanie trasy najlepiej przeprowadzić na stronie www.mapa-turystyczna.pl - niezawodnie wyliczy trasę, kilometry i czas przejścia. Ponieważ trzy lata temu przeszedłem sporą część Głównego Szlaku Beskidzkiego (z Ustronia do Rymanowa - bez części bieszczadzkiej), zapragnąłem poznać położone na północ od GSB niższe pasma - Beskid Makowski i Beskid Wyspowy.

W oddali Beskid Żywiecki

Właściwie mogłem całą trasę przejść czerwonym Małym Szlakiem Beskidzkim, ale wolałem zostawić sobie MSB na potem, żeby przejść w całości 137 km od Bielska-Białej do końca szlaku na Luboniu Wielkim. Dlatego moja trasa była trochę kombinowana szlakami różnego koloru.

Puste leśne dukty
Na wycieczkę zabrałem namiot, matę i śpiwór, wyposażenie, które doskonale się sprawdziło podczas przejścia Głównego Szlaku Sudeckiego (440 km). Lubię mieć poczucie niezależności, że mogę przenocować wszędzie. Przeczucie mnie nie zmyliło - gdy w schronisku na Leskowcu odmówiono mi rozbicia namiotu na jego terenie (z powodu wesela - żenujące wytłumaczenie), przenocowałem na dziko pod krzyżem papieskim w pobliżu. Bez łaski.

Dzień 1 Bielsko-Biała (Stalownik) - Czernichów 12 km

W trasę ruszyłem w Stalowniku, czerwonym szlakiem, którego nie należy mylić z oznaczonym również na czerwono MSB (ten zaczyna się w bielskiej dzielnicy Straconka). Odcinek niby niedługi, ale dość wymagający, ponieważ z poziomu 395 m n.p.m. trzeba się wdrapać na Czupel, 530 metrów wyżej, by następnie zejść do Czernichowa.

Chata na Rogaczu informuje ile jeszcze kilometrów na Księżyc

A że pogoda była cudowna szło mi się przyjemnie. Natura nie skąpiła cudownych widoków zwłaszcza w górnych partiach, między schroniskiem na Magurce i Czuplem, niezarośnięte od południowej strony. Podobnie jak z zapory w Tresnej, na rzece Sole. 

Widok na północ od jeziora Żywieckiego

Dzień zakończyłem na pustym polu namiotowym Kran.

Puste pole namiotowe - wiadomo, wrzesień

Dzień 2 Czernichów - Leskowiec 23 km

Skoro znalazłem się w dolinie Soły to znaczy, że znów musiałem się wdrapać pod górę. Ponad 500 metrów. Może niewiele, ale trochę się zasapałem zanim dotarłem szlakiem niebieskim na Mały Kościelec i Jaworzynę (861 m). Nie był to jeszcze najwyższy szczyt tego dnia.

Niebieski szlak

Widoki znów przepiękne, mimo że niebo zasnuło się chmurami, czasem też pokropiło. Wiadomo, jesień. Czerwonym szlakiem doszedłem potem do Chatki na Potrójnej (nie mylić ze schroniskiem studenckim Chatka pod Potrójną, które znajduje się w pobliżu), gdzie ogrzałem się przy gorącej herbacie zaoferowanej przez właściciela.

Głęboko schowana Chata na Potrójnej
Potem pozostała tylko droga do schroniska PTTK Leskowiec gdzie zamierzałem przenocować. A jednak okazało się, że nie mogę rozstawić namiotu na terenie z powodu... wesela. I albo kupuję miejsce w schronisku, albo wynocha. Wybrałem drugie rozwiązanie i rozbiłem się na samym szczycie Leskowca (911 m) między krzyżem a wiatą turystyczną. Przynajmniej weselnicy mi nie przeszkadzali.

Pod krzyżem na Leskowcu. Można powiedzieć... po bożemu

Dzień 3 Leskowiec - Palcza 32 km

Najdłuższy dzień aczkolwiek nie tak bardzo wymagający, bo bardziej było z góry niż pod górę. Po najprzeróżniejszych wyprawach w Tatrach, po dużo bardziej ambitnych wejściach na Rysy, czy przejściu Orlej Perci, nabrałem ochoty na zwyczajne spacery po górach. Bez wyczynu (aczkolwiek nie uważam, by chodzenie po znakowanych szlakach było szczególnym wyczynem).

Pod Leskowcem

W każdym razie długo i z wielką przyjemnością zszedłem czerwonym szlakiem na Krzeszów, potem trochę pod górkę na Żurawnicę (713 m) by zejść do Zembrzyc nad jeziorem Mucharskim, albo, jak kto woli, na zalewem Świnna Poręba. Obie nazwy oznaczają ten sam akwen. Szkoda, że, jak się wyraził wójt gminy Mucharz, jezioro "to trochę taka wodna atrapa". Nie ma nad nim żadnej infrastruktury rekreacyjnej.
Wodna atrapa

Tego dnia nie opuściłem czerwonego szlaku; obiecywałem sobie, że wrócę na niego w odpowiednim czasie, żeby przejść Mały Szlak Beskidzki w całości. 

Nawet deszcz nie zmącił radości z wędrowania
A dzień zakończyłem niespodziewanie noclegiem u nadzwyczaj uprzejmego proboszcza parafii w Palczy. Gdy poprosiłem ojca Pawła o możliwość rozbicia namiotu na trawniku koło plebanii, ten nie tylko zaprosił mnie do domu, ale poczęstował kolacją. Spędziliśmy kilka godzin na niezwykle inspirującej rozmowie.
Nocleg inny niż wszystkie

Dzień 4 Palcza - Myślenice 20 km

Chodzenie po niskich górach tym się charakteryzuje, że idzie się na ogół w lesie i nie zawsze można podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Fakt ten w ogóle mi nie przeszkadza, bo bardzo lubię las - jego jesienne barwy i wciąż rozkrzyczanych skrzydlatych mieszkańców.

Jesień 2018

Jeśli czegokolwiek żałowałem to tego, że było to ostatni dzień wędrówki. Nawet deszcz, szczególnie obfity tego dnia, dostarczał przyjemnych wrażeń. 

Przez większą część dnia musiałem chronić plecak przed wodą

Mało przyjemnym doznaniem był też hałas z coraz bliższej Zakopianki, narastający z każdym metrem od zejścia z Sularzówki (615 m), a zwłaszcza po wyjściu z lasu. Szkoda, że pięknej perspektywie na Myślenice i rzekę Rabę towarzyszy nieznośny szum pędzących samochodów. Człowiek jest strasznym szkodnikiem.

Polana przed zejściem do Myślenic

 PODSUMOWANIE

Śmiało mogę powiedzieć, że absolutnie każdy może chodzić po szlakach Beskidu Makowskiego  i Wyspowego. To wspaniałe miejsca na jednodniowe wypady, ale także na dłuższe wycieczki z namiotem. Nie ma żadnego problemu z zaopatrzeniem, bo zawsze można zejść do jakiejś wsi, ani też z noclegami. Niemal w każdej miejscowości znajdzie się dom z tabliczką agroturystyka. Tereny idealne dla mniej doświadczonych turystów, a także dla tych, którzy chcą potrenować przed dłuższymi trasami - Głównym Szlakiem Beskidzkim czy Głównym Szlakiem Sudeckim.

2016-08-01

Przez Orlą Perć - z Doliny Pięciu Stawów do Zakopanego

30 lipca 2016 roku pozostanie pamiętną dla mnie datą - przeszedłem Orlą Perć. Czy jest czym się chwalić? Raczej nie, nie piszę tych słów, by komukolwiek cokolwiek komunikować. Ten blog jest bardziej pamiątką dla mnie, niż relacją z wycieczek dla szerokiej publiczności (której zresztą nie ma). W każdym razie zrobiłem to, o czym marzyłem. Udało się.

9:40. Na Kozim Wierchu. Za nami cztery i pół godziny marszu

Udało się dzięki pogodzie. Dzień był słoneczny, ale nie upalny, do tego bez kropli deszczu, który od razy zwiększyłby niebezpieczeństwo poślizgu na skałach. 

5:31. Ze schroniska w Dolinie Pięciu Stawów wyszliśmy o 5:00

Udało się dzięki towarzystwu Małgosi i Kuby. W trójkę raźniej i weselej. Udało się, bo naprawdę chciałem przejść Orlą Perć w całości, za jednym zamachem. Dobrze znałem wszystkie jej odcinki, byłem na każdym z nich, ale zawsze po kawałku.

7:11. Jesteśmy na Zawracie, patrzymy na Dolinę Pięciu Stawów

Nie zamierzam opisywać szlaku. Zrobili to inni, na pewno lepiej niż gdybym ja to zrobił, zrelacjonowali każdy centymetr najtrudniejszego znakowanego szlaku w Polsce. Podzielę się tylko kilkoma wrażeniami.

8:27. Wspinamy się na Kozi Wierch
 Na pewno nie jest to szlak dla każdego. To znaczy każdy może go przejść, lecz musi się do niego przygotować. Z marszu nie da rady.

9:43. Dolina Pięciu Stawów - widok z Koziego Wierchu
Po pierwsze, konieczne jest przygotowanie kondycyjne. Suma podejść między Zawratem a Przełęczą Krzyżne może nie jest zawrotnie wielka 571 metrów (przy 600. metrach zejść), lecz na Orlą trzeba wejść, a potem z niej zejść. W ten sposób trasa według mojego wariantu dała półtora kilometra podejść i dwa kilometry zejść. To naprawdę męczy. Nie wspomnę, że nie tylko nogi pracują, ale i ręce na długich odcinkach z łańcuchami.
10:24. Zejście z Koziego Wierchu
Po drugie, konieczne jest przygotowanie sprzętowe, a właściwie - przede wszystkim - odpowiednie buty. Nie raz widziałem na Zawracie czy na Kozim Wierchu turystów w obuwiu tekstylnym. Weszli, owszem, ale nie wiem jak dali radę zejść. Wydaje się banalne? Owszem. Tylko jak tłumaczyć fakt, że odkąd pamiętam ludzie bezmyślnie idą w góry, nieprzygotowani, źle ubrani, bez wody?
11:20. Czarny Staw Gąsienicowy i ledwie widoczne schronisko Murowaniec

Po trzecie, woda. Każdy z nas miał w plecaku trzy półtoralitrowe butelki z wodą. W sumie 13,5 litra. I wcale nie za dużo. Na Grantach ratowaliśmy wodą turystów z Hiszpanii, nie wiedzieli na co się porwali.

11:22. Za nami Żleb Kulczyńskiego i Zadni Granat

Po czwarte, i na tym zakończę, obycie w wysokich górach. Na Orlej Perci nie schodzi się poniżej 2 000 m n.p.m. Nie raz widziałem przerażonych turystów trzymających się kurczowo łańcuchów, niemogących ruszyć się ze strachu. Naprawdę. Na tym szlaku trzeba czuć się pewnie i poruszać po nim ze świadomością potencjalnych zagrożeń, których nie brakuje. I czasem trzeba po prostu z niego zejść wcześniej, niż się planowało, czy z powodu załamania pogody, czy utraty sił.

12:13. Kuba na drabince za Skrajnym Granatem

Przejście Orlej Perci daje niezwykłą satysfakcję, wręcz poczucie spełnienia. Nie wiem czy w przyszłości porwę się raz jeszcze na całą trasę, niewykluczone, że już nie. Ale to, co z niej zapamiętam, zdjęcia, które będę oglądał, przypomną mi tamte chwile, a zwłaszcza radość na Krzyżnem.

 "We did it", powiedziała Małgosia na Przełęczy Krzyżne (co słychać w załączonym powyżej wideo). Pozostało tylko zejść do Murowańca (2,5 h) i do Kuźnic (kolejne dwie godziny).

Czerwony Staw (zejście z Krzyżnego do Murowańca)



2015-09-18

Główny Szlak Beskidzki: Ustroń-Iwonicz 360 km

Włócząc się po Bieszczadach rok wcześniej usłyszałem rozmowę dwóch chłopaków na temat jakiegoś strasznie długiego szlaku pieszego - ponoć ma 500 kilometrów i znakowany jest na czerwono. Idąc wtedy, w 2014 r., z Wołosatego do Komańczy nie wiedziałem, że przemierzam fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego.

Magiczny czerwony pasek Głównego Szlaku Beskidzkiego
Wróciwszy z Bieszczadów natychmiast sprawdziłem co to szlak i natychmiast postanowiłem, że będzie moim celem rok później. W ten sposób 3 sierpnia znalazłem się w Ustroniu, gdzie co prawda czerwonej kropki nie znalazłem, tym niemniej ochoczo ruszyłem do schroniska Równica na pierwszy nocleg.

Zachód słońca na Hali Miziowej
Trasę rozplanowałem tak, by nocować przede wszystkim w schroniskach lub w kwaterach. Bardzo pomocny w planowaniu był przewodnik wydawnictwa Compass.

Babia Góra, królowa niepogody, przywitała deszczem

Wszystko układało się znakomicie - pogoda bez zarzutu (trochę deszczu oczywiście musiało być), forma też (porządnie przygotowałem się kondycyjnie). A jednak nie dotarłem do Wołosatego. Na skraju Beskidu Niskiego, przechodząc przez rzekę Jasiołkę, przewróciłem się i wpadłem do wody. Razem ze mną bagaż, co nie było wielkim nieszczęściem, ale też telefon. Najwyraźniej nie był wodoodporny. Straciłem łączność, nawigację i wszystkie zdjęcia.

Wolę bazy namiotowe niż schroniska
Doszedłem do Iwonicza i zdecydowałem zakończyć wędrówkę. Mogłem kontynuować z mapą, przecież kiedyś nie było GPS-ów. Poddałem się jednak pamiętając jak często gubiłem trasę w Beskidzie Niskim i jak często ratowała mnie nawigacja w telefonie. GSB nie ucieknie, wrócę na szlak na pewno.  Z zapasowym telefonem.

Głuchaczki raz jeszcze
Ze szlaku przyniosłem mnóstwo wspomnień, długo by je wymieniać. Pamiętam pierwszy nocleg na Równicy, po pierwszych pięciu kilometrach, gdy pomyślałem, że zostało mi do przejścia zaledwie sto razy tyle kilometrów. Albo malownicze szlaki Beskidu Żywieckiego za Węgierską Górką i Żabnicą. Przepiękne Gorce, które przeszedłem z Sylwkiem, kolegą poznanym w bazie namiotowej Głuchaczki.

Napis na znaku prawdę mówi, zakupów nie zrobisz przez cały dzień
O pustkowiu Beskidu Niskiego nie wspomnę.

Świeży odcisk łapy niedźwiedzia

Nie zamieszczę tu relacji z każdego dnia wyprawy. GSB, podobnie jak Główny Szlak Sudecki (cel na rok 2016) został dokładnie opisany w przewodnikach Compassu. Na dodatek, w sieci można znaleźć bardzo wiele relacji. Moja niczego nowego nie wniesie.

Kolejny z mieszkańców lasu
Dlaczego warto, a nawet trzeba przejść GSB? Właściwie nie wiem. Dla mnie było czymś oczywistym, że pójdę śladem czerwonej kreski. Nie ma co gadać o strefach komfortu, przekraczaniu granic swoich możliwości i takich tam bzdetach; mnie nic to nie mówi. 

Kolejna baza namiotowa - Lubań
Dla mnie najważniejsza jest wędrówka, nie zaliczanie kilometrów. I choć drogę zakończyłem przed osiągnięciem celu, przejście tych 360. kilometrów dało mi wiele satysfakcji. I przyjdzie czas, gdy ruszę z Ustronia by dojść do Wołosatego.

Zdjęć zachowało się niewiele, tylko te, które wysłałem mailem, lub dostałem od kogoś. Ale zawsze to coś. Skromna pamiątka na całe życie.

2014-07-15

Wołosate-Komańcza czerwonym szlakiem 95 km

Pierwsza tego rodzaju samotna wyprawa po górach. Choć znacznie wyższe góry nie były mi obce - Bieszczady również nie - nie zdecydowałem się do tej pory wędrować sam, skazany wyłącznie na siebie i to na kilka dni.

Bieszczady, piękne Bieszczady
Pomysł na wędrówkę nie był szczególnie skomplikowany. W poniedziałek 7 lipca miałem dojechać autobusem do Ustrzyk Górnych, pokręcić się po okolicy, a następnego dnia ruszyć na niemal 100-kilometrowe przejście z Wołosatego do Komańczy. I tak się rzeczywiście stało.

Ustrzyki Górne 6:50. Początek przygody
Pierwszy dzień - rozgrzewka. Z Ustrzyk Górnych przeszedłem się najpierw na Małą Rawkę (1 272 m), potem na Wielką (1 307 m), skąd oczywiście udałem się na trójstyk granic, pod słynnym szczytem Kremenaros (Krzemieniec, Кременець 1 221 m). Tę nazwę nosi też niemniej słynne ustrzyckie schronisko PTTK Kremenaros.

Tu spotyka się z Polską Słowacja i Ukraina
Pierwszy nocleg w Bieszczadach spędziłem w agroturystyce w Wołosatem. Po 20-kilometrowym rozruchu gotów byłem na zasadniczą trasę.

Droga w stronę Przełęczy Bukowskiej
Dzień 1: Wołosate - Ustrzyki Górne 23 km

Trasa nie była ani trudna, ani dokuczliwa, za to piękna i spokojna. Mimo pełnego sezonu nie spotkałem wielu turystów; najwyraźniej wyjechali w niedzielę. 

Rozlewiska za Przełęczą Bukowską

Szybko doszedłem do Przełęczy Bukowskiej, potem przez Halicz (1 333 m), stanąłem u podnóża Tarnicy (1 346 m). Mimo że czerwony szlak omija królową Bieszczadów nie odmówiłem sobie przyjemności znaleźć się pod stalowym krzyżem.

Selfie na Tarnicy - punkt obowiązkowy programu
Upojony widokami i pustym szlakiem zacząłem spokojne zejście do Ustrzyk Górnych przy wspaniałym słońcu.
Zejście do Ustrzyk Górnych

Niezbyt późnym popołudnie zameldowałem się Hotelu Górskim i poszedłem na kolację. Wybór miejsca na posiłek okazał się niestety fatalny w skutkach.

Dzień 2: Ustrzyki Górne - schronisko Chatka Puchatka  12 km

Nie pamiętam kiedy ostatni raz strułem się tak strasznie jak tego dnia. Pominę szczegóły. Powiem tylko, że poważnie zastanawiałem się czy nie wrócić do domu. Ruszyłem w drogę, lecz nie zaszedłem daleko.

Dobra mina do złej gry. Tak naprawdę ledwie żyłem
Prawdę mówiąc ledwie doszedłem do schroniska na Połoninie Wetlińskiej, w którym zostałem na noc. Byłem wycieńczony.
Nie wiem co bym zrobił gdybym nie dotarł do Chatki Puchatka

Na dodatek po pięknym słońcu z poprzedniego dnia zostało wspomnienie. Drobna kaszka towarzyszyła mi cały czas.

Dzień 3: Chatka Puchatka - Cisna (bacówka pod Honem)  31 km

Pierwotnie planowałem nocleg w Smereku ale nie wyszło. Musiałem więc nadrobić czas w związku z czym trzeci dzień wyprawy mocno się wydłużył. Na szczęście doszedłem do siebie po zatruci. Nie powiem, że w pełni sił, ale w miarę zregenerowany wyszedłem rano ze schroniska.

Poranna mgła w drodze na Smrek (1 222 m)
Pogoda jakby chciała mi wynagrodzić niepowodzenia poprzedniego dnia - chmury podniosły się już około siódmej, a słoneczko towarzyszyło mi całą resztę dnia. I dobrze bo widoki z Połoniny Wetlińskiej (Caryńskiej oczywiście też) są po prostu przepiękne.
Zejście do wsi Smerek

W dobrym nastroju i w dobrej już formie zjadłem porządne śniadanie w Smereku i ruszyłem w dalszą drogę. Gapiostwo i nieuwaga spowodowały, że nie zauważyłem skrętu z drogi asfaltowej na czerwony szlak i bezsensownie poszedłem niemal do samej Wetliny. Błąd ten kosztował mnie dodatkowych kilka kilometrów. Tym bardziej, że czekało mnie podejście na Fereczatą (1 102 m) i Okrąglik (1 101 m): półkilometrowa różnica poziomów.

Odpoczynek na Fereczatej
Nie ma jednak tego złego co na dobre by nie wyszło. Widoki miałem tak piękne, że nie czułem zmęczenia; nogi same niosły. A przejście szczytami z Okrąglika przez Jasło (1 146 m), Szczawnik (1 098 m), Małe Jasło (1 103 m - jak widać wcale nie takie małe), zapamiętam na zawsze. Zdecydowanie trasa ta jest o wiele bardziej atrakcyjna niż mocno zadeptane obie Połoniny.

Widok na Jasło i Szczawnik
Mocno zmęczony długim marszem (wydłużonym przez fatalną pomyłkę w Smereku) dotarłem do bacówki PTTK pod Honem. Następnego dnia czekał mnie równie długi marsz.

Dzień 4: Cisna - Komańcza 31 km

Wiele wspomnień z tego dnia i niewiele zdjęć - tak strasznie lało. Ale od początku.

I tylko ten deszcz
Mocno pod górę na początek, żebym wiedział, że to nie żarty. Czterysta metrów różnicy poziomów z bacówki pod Honem na Wołosań (1 071 m).
Mgła na Wołosaniu
Mgła, niewiele widać, o widokach mogłem zapomnieć. Myślałem, naiwnie, że się rozjaśni, że pojawi się słońce jak poprzedniego dnia. Ale nic z tego. W atmosferze otaczającej mnie białej waty doszedłem przez Jaworne (992 m) do Przełęczy Żebrak (816 m). 
Rozpaczliwe czekanie na koniec deszczu pod wiatą na Przełęczy Żebrak

Zaczęło padać zanim do niej dotarłem. Schroniwszy się pod wiatą czekałem kwadrans, a potem jeszcze kolejny. Po pół godzinie deszcz nie tylko nie minął ale wręcz się wzmagał. Co robić - kontynuować szlakiem przez las czy pójść asfaltem do Mikowa i Duszatyna, gdzie, tak czy owak, czerwony szlak biegnie szosą do Komańczy. Zależało mi zobaczyć jeziorka Duszatyńskie, ruszyłem więc szlakiem.

Leśne drogi zamieniły się w potoki
Mimo porządnej peleryny całe ubranie nasiąkło, powili i skutecznie, od spodni. Wszedłem na Pocak (890 m) i na Chryszczatą (998 m). Widoków żadnych, tylko deszcz, który zalewał mi okulary. Ostatecznie je zdjąłem. I tak nic nie widziałem.

Chwilę postałem przy jeziorkach. Rzeczywiście mają urok. Wyobraziłem sobie, że w słońcu wyglądają dużo bardziej atrakcyjnie. Nawet nie chcę myśleć jaka wydarzyła się tam katastrofa gdy na początku ubiegłego wieku osunęła się ziemia blokując strumień Olchowaty. Niewyobrażalna jest siła natury.

Idąc od jeziorek miałem wrażenie, że brnę w jakiejś odnodze Olchowatego, co widać na powyższym wideo. Droga, która w normalnych warunkach była szlakiem, zamieniła się w rwący potok. Szedłem w tej wodzie po łydki. I tak doszedłem do wsi Duszatyn. Do Komańczy zostało tylko siedem kilometrów; asfaltem, ciągle w deszczu.


 O 15:30, przemoknięty do kości, ale szczęśliwy, dotarłem do schroniska w Komańczy. Pierwsza daleka wyprawa (daleka jak dla mnie) dobiegła końca.

PODSUMOWANIE

Ani wyczyn, ani specjalnie nie ma czym się chwalić, a jednak te sto kilometrów z hakiem znaczy dla mnie wiele. Przede wszystkim postanowiłem kontynuować dłuższe, a może i długie, wyprawy po górach w Polsce. Wiem, że dam radę dalej i dłużej. Poza tym, takie wycieczki to najlepszy sposób na spędzenie wakacji. Nie w kurorcie, nie w tłumie, lecz w ciszy lasów i gór.

Czerwony szlak przez Bieszczady nie jest trudny, wymaga tylko trochę kondycji oraz dobrego obuwia. Każdy może go przejść. Trzeba pamiętać jednak, że na 30-kilometrowym odcinku z Cisnej do Komańczy nie ma sklepu ani baru (dopiero w Duszatynie, kilka kilometrów przed Komańczą), trzeba więc zabrać zapas wody i jedzenia.